Nieobojętni
Szczeciński Batman
Monika Kubik
Jak magnes przyciąga sytuacje niebezpieczne, wymagające szybkości i odwagi
Ciepłe majowe popołudnie. Na przejściu dla pieszych przy ulicy Przyjaciół Żołnierza w Szczecinie na prawym
pasie zatrzymują się samochody. Ludzie wchodzą na zebrę. Wśród nich pani z 7-latkiem i jego 7-miesięczną siostrą w głębokim wózku.
Lewym pasem, nie zważając
na nic, pędzi mazda. Potrąca kobietę
i chłopca, a wózek z niemowlakiem wciąga pod koła. Nie hamuje, przyspiesza.
Sebastian Wołosz dojeżdża do przejścia na motocyklu. Momentalnie rusza w pościg za mazdą.
- To był makabryczny widok - opowiada. - Myślałem, że dziecko zginęło. W głowie miałem jedno: muszę złapać tego drania! Wiedziałem, że go dopadnę. Moja honda hornet
jest bardzo szybka, zrywna i wszędzie się zmieści.
100 metrów od pasów wózek wyskoczył spod podwozia, ale motocyklista nadal gonił auto.
- Później powiedziano mi, że malutkiej nic się nie stało - wspomina 33-letni Sebastian. - Prawdopodobnie uratowała się dzięki szelkom
i otwartej budce wózka, która utworzyła z obudową bezpieczną klatkę.
Pościg ulicami Szczecina w tempie przypominającym scenki z amerykańskich filmów gangsterskich trwał ponad 10 minut. Honda gnała z prędkością 120 km na godzinę. Mazda musiała jechać jeszcze szybciej, była przecież ścigana. Sebastian Wołosz cały czas pędził z włączonym klaksonem, migał światłami, krzyczał, żeby nie doprowadzić do wypadku. Niektórzy zarzucali mu potem, że złamał przepisy. Ale policja wyjaśniła, że to był tak zwany stan wyższej konieczności.
- Gdy dogoniłem samochód przy ulicy Rynkowej, wyskoczył z niego pijany 35-latek. Zaczął uciekać przez osiedle. Gdy wreszcie go dopadłem, powtarzał, że nie wie, czego od niego chcę, że nic się nie stało. Wtedy mało nie puściły mi nerwy i z trudem pohamowałem się, by go nie uderzyć. Podczas pościgu myślałem, że przecież taki wypadek mógł przydarzyć się mojej 2-letniej córeczce Zosi.
Błyskawicznie zjawiła się powiadomiona przez świadków policja. Okazało się, że kierowca miał
1,5 promila alkoholu we krwi. Pił
w domu, potem wsiadł do mazdy, bo chciał się przejechać po mieście. Ta przejażdżka zakończyła się dla niego trzymiesięcznym aresztem.
Sebastian Wołosz, fotograf
z zawodu, w ciągu kilkunastu minut stał się bohaterem. Pokazywała
go telewizja, mówiło o nim radio, pisała prasa, nazywając szczecińskim Batmanem. Sam bohater
potrafił jednak zdystansować się
do medialnego szumu, bo, jak
powiada, lubi żyć swoim życiem
i zajmować się swoimi pasjami.
Ale to tylko pół prawdy. Znajomi śmieją się, że jak magnes przyciąga sytuacje wymagające szybkiego i odważnego działania. Jeden z kolegów
zadzwonił do niego
po wypadku.
- Słyszałem o pościgu motocyklisty za pijanym kierowcą. To na pewno ty go ścigałeś,
no bo kto inny? - powiedział.
Monika Nieczaj pracowała w osiedlowym sklepie spożywczym przy
ulicy Duńskiej. Ona też nie była zdziwiona, gdy dowiedziała się
o brawurowej akcji Sebastiana Wołosza. Znają się dobrze, bo jej sklep sąsiadował z zakładem fotograficznym, w którym on pracuje. Nieraz ruszał jej na pomoc.
- Latem ubiegłego roku skończyłam swoją zmianę - opowiada pani Monika. - W sklepie została koleżanka. Kiedy wyszłam, spotkałam Sebastiana przed jego zakładem. Rozmawiamy i nagle widzimy, jak
z mojego sklepu wybiega mężczyzna z koszykiem pełnym zakupów i biegnie w kierunku grupki kolegów stojących w oddali. Ruszyliśmy za nim. Ja byłam bez szans, ale Sebastian nie odpuścił. Po 2-3 minutach wrócił
z odebranym złodziejom łupem.
Niedługo potem przyszło do sklepu dwóch wyrostków. Chcieli kupić papierosy.
- Poprosiłam o pokazanie dowodów osobistych - wspomina pani Monika. - Zareagowali bardzo agresywnie, grożąc, że zaraz tu wrócą silną grupą i wszystko rozwalą. Przerażona zadzwoniłam do Sebastiana. Po chwili już był przed sklepem, gdzie grzecznie i spokojnie wytłumaczył chłopakom, dlaczego nie kupią papierosów. Zrozumieli. To cały Sebastian.
Innym razem ruszył w pogoń za złodziejem, który nie tylko ukradł laptopa, ale też pobił sprzedawczynię. O tym incydencie pisała lokalna prasa. Zareagował także, widząc,
jak kibice po meczu biją człowieka
w tramwaju. Jechał równolegle
na motocyklu. Błyskawicznie
wezwał policję. Przyjechali i złapali bandytów.
- Bo ja już tak mam od dziecka,
jeśli w jakiejś sytuacji, nawet niebezpiecznej, mogę komuś pomóc czy szybko zareagować, ruszam natychmiast, ale nie automatycznie - mówi Sebastian.
- Po prostu w chwili
zagrożenia podnosi mi się adrenalina, a wtedy znacznie szybciej zaczynam postrzegać, analizować i działać. Świadomie, a nie odruchowo.
Szczeciński Batman twierdzi,
że to nie jest brawura z jego strony, zna swoje możliwości.
- Wiem, że mam niezłą kondycję, bo kiedyś ćwiczyłem karate, boks, poza tym pływam, nurkuję, a od niedawna uprawiam wspinaczkę górską, żeglarstwo i windsurfing. Wiem,
że z motocyklem tworzymy dobry
i bezpieczny duet, ponieważ motocykle towarzyszą mi od dzieciństwa.
Ta miłość trwa i trwa, i jest idealna, bo jak do tej pory ani nie spowodowałem wypadku, ani w żadnym nie uczestniczyłem.
Pan Sebastian w znieczulicę społeczną nie wierzy. Uważa, że każdy człowiek jest wrażliwy na krzywdę, przemoc, zło, ale nie każdy ma
odwagę i siłę, żeby się przeciwstawić sprawcy.
Ostatni wyczyn Sebastiana Wołosza, uliczny pościg za pijanym kierowcą, został doceniony i nagrodzony.
Komendant wojewódzki policji
w Szczecinie nadinspektor
Wojciech Olbryś wyróżnił tego odważnego motocyklistę listem gratulacyjnym, a prezydent Szczecina Piotr Krzystek wręczył mu
w nagrodę kask.
- Gratuluję odważnego zachowania - powiedział prezydent.
- Nie każdego byłoby stać na taki czyn.
Za sprawą programu telewizyjnego pan Sebastian spotkał się również w miejscu wypadku z rodzicami dzieci.
- Dziękowali mi, ściskali, płakali, ja także miałem łzy w oczach - wspomina.
- Co jeszcze mogę powiedzieć o Sebastianie? - zastanawia się Monika Nieczaj. - Mogę być tylko dumna, że to mój kolega.
spis treści